Małgorzata Choroszewska – „Rybki. Historia gdyńskiej miłości”

Małgorzata Choroszewska

Małgorzata Choroszewska

Od wielu lat uczestniczysz w warsztatach Grupy Teatralnej „Scena 138”. Skąd pomysł aby rozpocząć teatralną przygodę?

Właściwie to był totalny przypadek, choć nie wierzę w przypadki. Moja ówczesna współlokatorka trafiła na plan filmu w Elblągu i tam poznała asystentkę Tomasza Podsiadłego, która powiedziała jej o jego działaniach przy Centrum Kultury. Poszła na spotkanie organizacyjne, a po powrocie, zapytała się mnie, czy i ja nie chciałabym spróbować teatru. Pomyślałam, „czemu nie”, choć przyznam się, że w dzień próby chciałam stchórzyć i zrezygnować z tego pomysłu. Koleżanka umiejętnie odwiodła mnie od kapitulacji, więc pojawiłam się kompletnie przerażona, no i zostałam do dziś. A miałam być astronautką.

Pierwszy spektakl, w którym wzięłaś udział to projekt Sceny SAM „Balladyna” w reż. Tomasza Podsiadłego. Jak wspominasz tamtą pracę?

O nie, nie – pierwszy spektakl to był „Mały Książe”. Wspominam tę pracę z wielkim uśmiechem. Mam ogromny sentyment do samej książki, była ona jedną z moich ulubionych lektur szkolnych. Zostałam obsadzona w roli Latarnika – Nocy. Oczywiście pracy było po uszy, bo to były moje początki na scenie. Podczas pracy nad sztuką poznawałam tajniki pracy aktora, jak się ruszać na scenie, którą nogą wejść na scenę i dlaczego, jak tworzyć postać. Wszystko to wymagało wysiłku, ale najtrudniejszą rzeczą było porzucenie Gochy, odseparowanie siebie prywatnej od postaci, którą muszę się stać, a której pożyczam swoje ciało. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie życiowe, które mnie fascynuje do dzisiaj i to jest chyba coś, co najbardziej kocham w teatrze.

Dzisiaj jesteś jedną z twarzy „Sceny 138”. Jak zmieniło się przez te wszystkie lata twoje podejście do sceny i pracy nad rolą?

Właściwie to się nie zmieniło, raczej ciągle dojrzewa i rozwija. Jest to więc ewolucja, aniżeli zmiana. Dla mnie w pracy na scenie kluczowa jest pasja, szacunek, pokora i zaangażowanie. Kiedyś powiedziałam sobie, że jeśli któryś z tych czterech elementów zgubię gdzieś po drodze, to jest to znak, że mój czas w teatrze się kończy. Szybko też przekonałam się, że teatr to nie zabawa. Takiego podejścia do teatru nauczył mnie Tomasz, dlatego też „Scena 138” zawsze będzie miała dla mnie ogromne znaczenie. Tutaj wszystko się zaczęło, dzięki „Scenie” i Tomkowi zakochałam się w teatrze. I dlatego denerwuję się na niego, że teraz mniej krzyczy!

Kontakt z publicznością jest nadal wyzwaniem i łączy się ze stresem i skurczem żołądka?

Na początku stres był zupełnie inny. Kilka lat temu musiałam oswoić się z tym, że ktoś patrzy. Stres wynikał z mniejszej świadomości bycia na scenie i mniejszej pewności. Teraz pomimo, że przyzwyczaiłam się do widza, stres nadal się pojawia. Jakkolwiek dla mnie jest to dobre zjawisko, więc czułabym się zaniepokojona, jakby tego stresu nie było. Ale nie jest to paraliżujące, tylko łączy się z pewną ekscytacją. A sam kontakt z publicznością jest już innym wyzwaniem – raczej staram się kokietować widza, zabierać go do świata, który kreujemy.

Czym zajmujesz się na co dzień? Czy to dziedzina związana z kulturą, czy może zupełnie inna bajka?

Obecnie już drugi sezon związana jestem zawodowo z łódzkim teatrem, który działa przy Fundacji Form.Art. Oprócz tego prowadzę swoją działalność – Animatorki do wzięcia!, w której prowadzę animacje dla dzieci i dorosłych.

Nie kusiło Cię aby zdawać do szkoły aktorskiej lub po prostu przejść na profesjonalną stronę teatru?

Dwa lata temu miałam taki moment, jednak doszłam do wniosku, że chyba czas ewentualnego szlifowania warsztatu w szkole już minął. Myślę, że mając pewną świadomość, mogłabym się po prostu zbuntować. Postanowiłam szukać rozwiązań po swojemu.

Scena to dzisiaj dla Ciebie przestrzeń do realizacji marzeń? Czy już jednak profesjonalna praca?

Dzisiaj to już profesjonalna praca. Tak jak wspomniałam, od roku na co dzień pracuję w teatrze, a łącznie na scenie już 6 lat. W ubiegłym sezonie od października do maja zagrałam około 100 spektakli. Aktualnie gram w 7 spektaklach, dwóch „Sceny 138”, które są w repertuarze Centrum Kultury i pięciu spektaklach Form.Artu. Są to spektakle przeróżne, w których tańczę, śpiewam, animuję lalki czy zmagam się z 11 sylabowym wierszem uważnie bacząc na średniówki. Od tego roku zaczynam swoją teatralną przygodę również poza granicami naszego kraju. Wraz z Form. Art’em mamy kontrakt na spektakle w Wielkiej Brytanii.

Scena 138 to grupa amatorska, warsztaty i spektakle, które zawsze będą przypisane do tej konkretnej grupy działań artystycznych. Czy stygmat amatorki jest w tym przypadku uzasadniony? Czy to w jakikolwiek sposób jest dla ciebie krzywdzące?

Określenie amator bardziej kojarzy mi się z miłośnikiem, pasjonatem aniżeli kimś niedoświadczonym. Ciężko byłoby mi określić siebie jako osobę niedoświadczoną, bo tak jak wspomniałam, regularnie pracuję na scenie. Pracuję również z aktorami dyplomowanymi, w różnym wieku, pracuję też z szanowanymi na polskiej scenie reżyserami i pedagogami szkolnymi. Zdarza się, że ktoś pyta się mnie, którą szkołę kończyłam, jak mówię, że nie kończyłam, to są po prostu zdziwieni. Dlatego myślę, że wiedza warunkuje myślenie, bo gdyby ktoś nie wiedział, że „Scena 138” jest grupą złożoną wyłącznie z amatorów, mógłby nie myśleć o niej tymi kategoriami. Zdarza mi się być w „profesjonalnym” teatrze i oglądać aktora, któremu nie wierzę, którego nie rozumiem, który nie dialoguje, który ma momenty prywaty na scenie, a to jest aktor nie „amator”. Kiedyś nie było szkół, był uczeń i mistrz i to co dla mnie jest najważniejsze w mojej przygodzie z teatrem, to być uczniem mistrza.

Małgorzata Choroszewska w Centrum Kultury

"Rybki. Historia gdyńskiej miłości""Rybki. Historia gdyńskiej miłości" Małgorzata Choroszewska"Rybki. Historia gdyńskiej miłości"

 

 

 

 

 

 

W małym dworkuW małym dworkuW małym dworku

Możliwość komentowania jest wyłączona.